Obozowe wspomnienia

Obozy dla dzieci i nastolatków – lato 2008

Minął już 15. rok, odkąd MED rozpoczął organizowanie obozów – najpierw dla dzieci, później dla nastolatków, a potem także dla dzieci z upośledzeniem umysłowym. W tym czasie zmieniała się nieco forma obozów oraz miejsca ich stacjonowania, zwiększała się ich liczba, a tym samym ilość uczestniczących dzieci i pracujących z nimi wolontariuszy. Oczywiście niezmienny pozostawał i pozostaje cel obozów oraz poselstwo, które przekazujemy. Tego lata, dzięki Bożej łasce i zaangażowaniu wielu, wielu osób mieliśmy przywilej zorganizować i prowadzić pięć obozów: OMO (czyli Obóz Młodych Odkrywców – dwa turnusy), SOMO (czyli Szczególny Obóz Młodych Odkrywców), JOMO (Językowy Obóz Młodych Odkrywców) i WIEC (Wspinacz i English Camp). Mamy nadzieję, że świadectwa niektórych osób bezpośrednio zaangażowanych w obozy posłużą ku zachęcie i zbudowaniu. Niechaj będą one także wyrazem wdzięczność za Twoje modlitwy i wszelkie wsparcie. A nade wszystko chcemy przez nie oddać Bogu chwałę, do czego zachęcają nas słowa Psalmu 105:
Wysławiajcie Pana, wzywajcie imienia Jego, głoście narodom czyny Jego!
Śpiewajcie mu, grajcie mu, opowiadajcie o wszystkich cudach Jego!

A zatem... wysławiając Pana, opowiadamy o Jego cudach…

Obozy Młodych Odkrywców 2008
Nie tak szybko można zapomnieć o OMO. Doskonale pamiętam, jak dzień po swoich urodzinach, wcześnie rano spakowałam się i wyjechałam z domu. Przemierzając kilometr po kilometrze zastanawiałam się, czy dam sobie radę, jakie będą dzieci, zespół opiekunów, a nawet pogoda? I tak pociąg jechał, a ja cieszyłam się, że tym razem byłam posłuszna głosowi Ducha Świętego, który pobudzał i zachęcał mnie do tego kroku. Choć było wiele pytań, a może i same pytania… Jednak głęboko w swoim sercu oczekiwałam dobrych rzeczy na ten czas – i tak też było.
Pan Bóg nieprzypadkowo postawił mnie na ten czas w Wiśle Czarnem. Mogłam doświadczyć między innymi tego, że wysłuchał wielu moich modlitw, jak i wołania tych, którzy każdego dnia przynosili mnie przed Jego tron. Tylko On mógł sprawić, że na każdym turnusie były takie dzieci, do których „pasowali” właśnie ci, a nie inni opiekunowie. Kadra była jednym Bożym Zespołem. To wspaniałe przeżycie poznać ludzi z całej Polski, których serca są pełne pasji dla Boga i pokory, aby służyć następnemu pokoleniu. Chciałabym na co dzień pracować z osobami, które mają tak szczere i oddane serce do pracy z dziećmi.
Dobry Bóg odpowiedział na wołanie o bezpieczeństwo. Pan ochraniał wszystkie kości i mięśnie i za to również bardzo Mu dziękuję.
Nie było czasu na nudę. Każdy dzień był „skazany” na nową rzecz, nową przygodę. Bóg włożył w nas twórczość i „uaktywniał” ją każdego dnia na świeżo.
Dla mnie czas obozu był także Bożym ostrzeżeniem i przypomnieniem bardzo ważnej rzeczy dotyczącej zdrowia. Na obu turnusach żyłam i funkcjonowałam tylko i wyłącznie dzięki Bożej łasce. Ostatnie miesiące i tygodnie przed obozami należały do aktywnych i pełnych różnych emocji oraz wydarzeń. Kiedy czas w Wiśle Czarnem dobiegł końca, moje ciało dało sygnał: KONIEC REZERWY. Źle się czułam z faktem, że tracę głos i zaczynam czuć się chora (najbardziej nie lubię chorować). Kiedy wracałam pociągiem do Głogowa, troszkę zmartwiona tym stanem, zadałam pytanie: „Panie Boże, dlaczego tak się to wszystko zakończyło? Miałam inne plany…”. Na to pojawiła się myśl w moim sercu: „Odpocznij i nabierz sił. Odpoczynek nie jest niczym złym – to nie grzech”. Być może to żadna nowość dla wielu ludzi, ale tego dnia to była Boża odpowiedź dla mnie. Lubię pracować i za to jestem Jemu wdzięczna, ale w swoim doskonałym planie On wyznaczył również czas na odpoczynek.
Mogłabym wiele, wiele pisać o tym, co miało miejsce w czasie tych obozów i jak to wpłynęło na mnie… W skrócie powiem, że Pan Bóg nigdy się nie myli! Nie ma przypadkowych sytuacji, miejsc, ludzi. Jeśli On mówi do Ciebie, że to jest miejsce i czas, abyś tam pojechał/a, to zachęcam Cię, bądź posłuszny/a Jego wezwaniu. Nie analizuj nadmiernie, co mówią, czy potrafisz, nadajesz się…itd. Jeśli w Tobie jest Jego wezwanie, choć mała odrobinka chęci, aby pojechać na taki obóz – to On się nie myli i wie, że dasz radę z Nim, że nadajesz się doskonale. On zna motywacje Twojego serca i wie, dlaczego masz w tym miejscu być.
Jeśli spytałbyś, czy spotkamy się w przyszłym roku na OMO, to odpowiem: Chciałabym, aby tak było. Wiem, że przyjdzie dzień, kiedy będę pewna, czy na kolejny test, egzamin Pan Bóg wyśle mnie w tak piękne miejsce jak Wisła Czarne.
Pozdrawiam, Basia Piwowarczyk

W lipcu miałam możliwość uczestniczenia w obozie organizowanym przez MED. Były to niesamowite dni wypełnione po brzegi Bożą obecnością, której towarzyszył specjalny program przeznaczony dla dzieciaczków. Bożej obecności mogliśmy doświadczać na każdym kroku. Wspaniała kadra, dzieci, pogoda. Wszystko było wspaniałe.
„Otrzymacie wszystko, o co w modlitwie z wiarą prosić będziecie" (Ew. Mat.21,22). Te słowa się spełniły, otrzymaliśmy sto razy więcej niż się tego spodziewaliśmy. Wspaniały czas wśród wierzącej kadry, grzeczni i uśmiechnięci najmłodsi uczestnicy obozu, nowe przyjaźnie wśród dzieci oraz pogłębiona wiedza na temat Boga.
Dla mnie, niedoświadczonego wychowawcy, był to owocny czas, gdyż mogłam się nauczyć wielu cennych rzeczy od doświadczonej kadry i za wszystko bardzo dziękuję.
Pozdrawiam serdecznie, Ania Rokitowska

Bernarda Grzywacz-Nowicka:
Dwa lata temu nasza starsza córka Estera po raz pierwszy pojechała na obóz. Był to obóz w Wiśle organizowany przez MED. Znałam wcześniej organizatorów z różnych konferencji MEDu i wiedziałam, że są to ludzie posłuszni Bogu i mogę im powierzyć swoje dziecko.
W tym roku chcieliśmy posłać na obóz także młodszą córkę. Obawialiśmy się jednak trochę, czy Daria poradzi sobie bez nas. Modliłam się i Bóg dał mi odpowiedź: „Przecież możesz połączyć kilka marzeń razem. Możesz posłać obydwie córki na obóz i pojechać tam z nimi.
Możesz być opiekunem i współpracować z pracownikami MEDu i uczyć się od najlepszych, jak organizuje się obozy. Możesz usłużyć dzieciom z różnych stron Polski”.
Bóg jest genialny w swoich odpowiedziach.
Pan sprawił, że pojechaliśmy tam całą rodziną, bo mój mąż zdecydował się być pomocnikiem wychowawcy. To był niesamowity tydzień, nasze dzieci świetnie radziły sobie bez nas, a my dostaliśmy pod swoją opiekę dziewięciu fajnych chłopaków.
Bóg zadbał o bezpieczeństwo i o to, by nikt się nie nudził. Organizatorzy też mieli w tym swój ogromny udział. Cały czas uczę się tego, że kiedy mamy serca pragnące, Bóg w nie zagląda i odpowiada na nasze pragnienia.

Rafał Nowicki:
Kiedy wspominam ten tydzień, to cisną mi się na usta słowa: szybki, pracowity, błogosławiony. Trochę się obawiałem, gdy myślałem, że będę pomocnikiem wychowawcy na obozie. Zastanawiałem się, czy dam radę, czy potrafię służyć dzieciom w tak dużej grupie? I po raz kolejny okazało się, że Bóg potrafi wykorzystać nasze słabości i nasze talenty na swoją chwałę. Czas spędzony na tym obozie nie był spacerkiem po płatkach róż. Momentami nasza dziewiątka chłopaków dawała nam popalić, ale nie żałuję ani chwili spędzonej w Wiśle. Serce i wiara rosły, gdy mogliśmy razem z całym obozem uwielbiać Boga czy słuchać modlitw dzieciaków. Możliwość służenia dzieciakom i pracy z ludźmi z takim sercem, wiarą i doświadczeniem jak reszta zespołu, były niesamowitym przywilejem i za to bardzo dziękuję Bogu i reszcie.

Wakacje... Niewątpliwie kojarzą się z wypoczynkiem, ciekawymi wyjazdami, poznaniem czegoś lub kogoś nowego. Powiecie pewnie, że tylko uczniowie w szkole czekają z utęsknieniem na ten cza. Otóż w moim przypadku lata szkolne są już baaarrrrdzzzoooo daleko za mną, a jednak... Nie mogłam doczekać się wakacji, gdyż dla mnie jest to czas wyjazdu, by być właśnie z dziećmi z różnych stron kraju, o różnych osobowościach, charakterach, pomysłowości, a także z różnych środowisk społecznych. Taką możliwość w tym roku stworzył mi obóz OMO w Wiśle Czarnem już na początku lipca. Na dzień przed pojawieniem się dzieci zjechała kadra obozowa z Dasią na czele, by przygotować się duchowo i fizycznie na powitanie dzieci.
To był już mój drugi obóz MEDu, w którym miałam przywilej pełnić funkcję wychowawcy grupki chłopców w wieku 9-10 lat. Przyznam, że z niecierpliwością oczekiwałam na pojawienie się moich „orłów”. Nawet w pewnym momencie „przechwyciłam” niektórych z innej grupy, ale później musieli jednak powrócić na swoje miejsce. Do wieczornego spotkania wszyscy byli już w komplecie. I zaczęło się nasze „24 na dobę” przez tydzień.
Dla uczestników pełen wachlarz niespodzianek, każdy dzień wypełniony wieloma atrakcjami, począwszy od niespodzianki podczas śniadania, śpiewania piosenek, czasami zabawnych scenek… po wieczorne, często długie, rozmowy. Oczywiście w ciągu dnia przeróżne zajęcia: teatralne, sportowe, plastyczne, nauka języka. Ponadto wycieczki piesze po okolicy, wyjazd autokarem na basen oraz czas na atrakcje miasta Wisły. Także niezapomniana chyba dla każdego uczestnika bitwa na strzałki. Oczywiście było ognisko i pieczone kiełbaski, czyli „zielony kulig”.
Między tym wszystkim był też oczywiście czas ciekawych opowieści biblijnych, które pomagały dzieciom spojrzeć w siebie: Gdzie i kim jestem? Komu wierzę? Czy Bóg o się o mnie troszczy? Czy nie marnuję swojego życia? Czy ja pozwolę Bogu, by pomógł mi żyć właściwym życiem?
Program obozu pt. „Przygody Paluszka i jego przyjaciół” bardzo spodobał się dzieciom i już po pierwszym dniu z niecierpliwością oczekiwały na dalsze części historii. Tematyka przemawiała do ich serc, mieli szansę odkrywania Boga i Jego mocy w swoim codziennym życiu. W rozmowach z dziećmi wyczuwało się, że żyją tym, o czym była mowa w opowiadaniu o Paluszku lub w historii biblijnej.
Niektóre z dzieci podjęły ważne decyzje w swoim życiu. Chwała Panu!
Różnorodność osobowości dzieci, pomysłowość, a jednocześnie ich szacunek do kadry spowodowały, że wszyscy wspominamy ten czas bardzo sympatycznie. Wiele się nauczyliśmy od siebie nawzajem, w szczególności troski o siebie i współpracy w różnych sytuacjach. Wierzę i wiem, że ten czas zaowocuje w sercach dzieci we właściwym czasie i będziemy oglądać Boże cuda.
Wiesia Szymczak

Bardzo dziękuję za to, że mogłam zostać na obozie mimo choroby. To jest też jedna z tych rzeczy, którymi raduję się po obozie – że Bóg chciał mnie mimo choroby tam mieć i używać.
Niesamowite wrażenie wywarł na mnie ostatni wieczór, kiedy nadszedł czas na świadectwa. Oprócz wielu dzieci, które już po południu zadeklarowały chęć podzielenia się historią swojego nawrócenia, nagle kilkoro innych także chciało opowiedzieć o tym, jak oddały swoje życie Panu Jezusowi. Myślę, że wiele dzieci nabrało odwagi do złożenia świadectwa od cioć i wujka, którzy uczynili to w poprzednie wieczory. Było to dla mnie po pierwsze ogromną zachętą do dalszej pracy dla Pana, bo widzę, że ten „trud nie jest daremny”, a po drugie uświadomiło mi, jak bardzo dzieci nas obserwują – nasze postawy, zachowania, słowa – i jak bardzo w związku z tym powinnam każdą myśl i czyn konfrontować z Bożym Słowem.
Magda Kaleta

Szczególny Obóz Młodych Odkrywców 2008
Szczególny Obóz Młodych Odkrywców, który jak co roku odbył się w Szkole Podstawowej w Wiśle Czarnem, był szczególny z kilku względów. Po pierwsze, dla mnie osobiście, jako osoby odpowiedzialnej za prowadzenie programu po raz pierwszy, było to zarazem spore wyzwanie, jak i szczególny przywilej dzielenia się Słowem Bożym nie tylko z dziećmi, ale ze wszystkimi uczestnikami. Lekcje wybrane przez Iwonkę miały w tym roku głównie charakter ewangelizacyjny. A Ewangelia nigdy nie zatraci swojej mocy. I tym razem wieść o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, która była głównym poselstwem lekcji biblijnych dotykała serc nie tylko dzieci, ale i pozostałych uczestników. Zdumiała nas bardzo żywa reakcja niektórych dzieci na fakt znęcania się nad Panem Jezusem, a zwłaszcza na Jego zwycięstwo na krzyżu. Wśród uczestników zapanował entuzjazm i smak zwycięstwa, którego dokonał nasz Zbawiciel. Poselstwo to mocno dotykało serc dzieci i kilkoro z nich postanowiło oddać swoje życie w ręce Zbawiciela i Pana.
Boże błogosławieństwo było z nami obecne także podczas innych punktów programu. Sylwia prowadziła bardzo atrakcyjne zajęcia plastyczne i ulubione zabawy dzieci (zabawy wodne, zabawy z dużą piłką i spadochronem). Karolina i Ela opowiadały wieczorem ciekawe historie misyjne. Dzieci chętnie uczyły się wersetów i uczestniczyły w konkursach. Dodatkową atrakcję stanowiły także wyjazd i na basen i przejażdżka konna połączona z grillowaniem. Myślę, że zarówno dzieci, jak i dobrze współpracujący pod kierownictwem Dasi personel, wrócili do domu zadowoleni.
Ania Zamkowska

Już po raz piąty Bóg pozwolił mi być na Szczególnym Obozie Młodych Odkrywców. Szczególnym, bo szczególne są te dzieci. Nie tylko pod względem umysłowym. Otwarte, radosne i tak wdzięczne – o wiele bardziej od dzieci zdrowych. Obserwuję te, które przyjeżdżają od samego początku: Krzyś, Adrian, Estera. Niesamowicie się zmieniają, widać postęp i rozwój. Tak samo dzieci, które przyjechały po raz trzeci, drugi. Nie są już tymi samymi dziećmi, które przyjechały rok temu.
Prawdziwie Duch Święty działa na tych obozach i dotyka wszystkich bez wyjątku. Nikt nie chce wyjeżdżać, bo z nami jest Pan.
Lekcje biblijne, zajęcia plastyczne, gry, zabawy i spacery. Wszystko to jest okazją do zasiewu i możemy widzieć tego owoce. Bo te dzieci przyjmują całym sercem, całymi sobą. Nigdy nie widziałam kogoś, kto by tak przeżywał prawdę o ukrzyżowaniu, jak Karolinka i prawdę o zmartwychwstaniu, jak Krzyś. I w nich to zostaje. Pamiętają wersety, pamiętają piosenki, które chętnie by śpiewały cały czas.
„Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy, czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia na wieki wieków! Amen!” (Ef 3, 20-2)
Miłka Grabowska

Tego lata przyjechałam na SOMO już po raz trzeci. Obozy SOMO nie są moim jedynym kontaktem z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie (studiuję pedagogikę niepełnosprawnych umysłowo), ale muszę przyznać, że naprawdę są wyjątkowe. W tym roku mój przyjazd do Wisły Czarne był dla mnie dużym wyzwaniem z powodu problemów rodzinnych (jeszcze na około tydzień przed obozem nie byłam pewna, czy będę mogła przyjechać). Bóg zrobił jednak wszystko, bym mogła być na tym obozie razem z innymi, za co jestem Mu niezwykle wdzięczna. Jak za każdym razem, mój Pan zachwycał i zaskakiwał mnie Swoim działaniem. Po pierwsze, dodawał mi sił (i tych fizycznych i emocjonalnych) gdy moje już się skończyły, by być świadectwem i światłem dla dzieci. Dodawał mi radości, nadziei i wiary. W niesamowity sposób Bóg pokazał mi, że niepełnosprawność intelektualna wcale nie jest blokadą, przez którą nie może przebić się głos Ewangelii. Duch Św. potrafi działać i objawiać Swoje Słowo w każdym człowieku i dziecku, nawet tym z niepełnosprawnością. Bóg przekonał mnie, że naprawdę dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych!! Nigdy nie zapomnę reakcji dzieci na Ewangelię – pełne radości i szczerości. Jedna z dziewczynek, gdy słuchała historii o ukrzyżowaniu Jezusa zareagowała krzykiem: "Nie, oni Go zabiją", natomiast gdy usłyszała, że Jezus powstał z martwych, zaczęła cieszyć się i przytulać do swojej cioci (opiekunki)... Na obozach nie tylko opowiadamy historie biblijne, ale również spędzamy aktywnie czas z naszymi dziećmi. Zobaczyłam jak niewiele potrzebują te dzieci, aby były naprawdę szczęśliwe – wystarczy im piłka, zabawa w chowanego, gry z chustą... wcale nie potrzebują drogich zabawek czy telefonów... Często ich rodzice nie mają siły, by bawić się lub grać ze swoimi dziećmi np. w kosza. Wystarczy dać im Bożą miłość, którą każdy z nas ma w sobie, a Duch Święty sam zacznie działać w ich sercach. Wierzę, że to ziarno Ewangelii, które siejemy w dzieci niepełnosprawne intelektualnie wzrośnie w nich i wyda stukrotny plon!!!
Niezwykłe jest dla mnie też to, w jaki sposób Bóg nas jednoczy jako kadrę na każdym z obozów. Wspieramy siebie nawzajem i zawsze możemy liczyć na wzajemną pomoc. Część kadry przyjeżdża do Wisły od pierwszego zorganizowanego przez MED SOMO (odbył się on pięć lat temu).
Jeśli jeszcze nigdy nie byłaś/byłeś na obozie SOMO – przyjedź koniecznie w przyszłym roku!!!! Jeśli raz spróbujesz ich smaku, już nie będziesz sobie w stanie wyobrazić wakacji bez SOMO!!!!
Karolina Dźwigała
Jechałam do Wisły z nastawieniem, aby dawać, aby dać całą siebie dzieciom. Jednak wszystko potoczyło się zupełnie inaczej niż myślałam, ponieważ przez cały czas trwania obozu, to ja brałam, to ja uczyłam się i to ja zostałam błogosławiona tymi dziećmi. Ponoć jeśli ktoś sam o sobie wydaje świadectwo, nie jest ono wiarygodne, dlatego dziś ja chciałabym zaświadczyć o dzieciach będących uczestnikami SOMO. Choć prawdopodobnie nie zrozumie tego ten, kto tego nie doświadczył, ale z punktu widzenia osoby, która doświadczyła chcę napisać, że są to wspaniałe dzieci, które kochają chyba „prawdziwiej” niż wielu z nas, są wrażliwsze niż wielu z nas, potrafią niesamowicie współczuć i choć są to odważne słowa, jednak dane mi było tego doświadczyć.
Dziś, po obozie SOMO tak bardzo wyraźnie wypisany mam tekst przed oczyma, że Bóg nie ma względu na osobę. Ujrzałam wspaniały obraz miłości Boga do tych dzieci. Niezapomniany widok tego, jak Bóg dotykał się ich serc podczas lekcji biblijnych, jak płakały ze wzruszenia i przejęcia, a na to inne dzieci podbiegały i pocieszały je; jak cieszyły się gdy była mowa o tym, że Jezus zmartwychwstał.
W całym swoim życiu nie spotkałam się z tym, aby ktoś tak reagował na Ewangelię. Wiele by pisać, lecz i tak trudno jest wymalować obraz słowami. Niech jednak każdy z nas z bojaźnią i drżeniem stanie przed Bogiem, gdy przyjdzie nam myśl, aby wynosić się nad któregoś z tych maluczkich.
Żaneta Goleńska
Już w marcu wiedziałam, że chcę pojechać na obóz SOMO . Do tej pory nie miałam okazji, aby współpracować z dziećmi z upośledzeniem umysłowym… Pomyślałam więc, czemu nie spróbować, przekonać się na własnej skórze, jak to jest, kiedy otoczy się opieką tę drogocenną w oczach Boga istotę, która od najwcześniejszych lat wykazuje swoją „inność”. Podczas obozu miałam przywilej bliżej poznać Adrianka, 10-letniego chłopca
z zespołem Pradera – Williego. Nazwa ta była dla mnie całkowicie obca. Jednak dobry Pan sprawił, że stopniowo zaczęłam patrzeć na Adrianka, nie przez pryzmat choroby genetycznej, której towarzyszy brak sytości, ale jako na dorastającego chłopca, który potrzebuje miłości, akceptacji, a przede wszystkim poznania Jezusa Chrystusa jako osobistego Zbawiciela. Za pomocą wspaniale przygotowanego programu z nauczaniem biblijnym, pieśniami, zabawami, „atrakcjami” dzieci nie tylko usłyszały o Dobrej Nowinie, ale także same wykonały prace plastyczne, uczestniczyły w scenkach biblijnych, modliły się, śpiewały na chwałę Pana. Jestem wdzięczna Bogu za czas spędzony w Wiśle Czarnem, z dziećmi, z innymi opiekunami. Cała kadra złożyła niezwykłe świadectwo poprzez swoje oddanie w służbie dla dzieci, tak bardzo wrażliwych i otwartych na działanie Jezusa.
Agnieszka Krawiec

JOMO 2008, czyli - „Zwyczajnie, bez wielkich słów”
W takich zwyczajnych, codziennych sytuacjach widać czy i na ile żyjemy z Bogiem. Tomek Żółtko w jednej ze swoich piosenek daje prostą receptę na tzw. pobożne życie: Po prostu z Jezusem żyć, zwyczajnie bez wielkich słów, każdy dzień powierzać Mu, stale przy Nim być.
Jedna z naszych wychowawczyń na Językowym Obozie Młodych Odkrywców (JOMO), Beata, przygotowała z dziećmi uczestniczącymi w prowadzonych przez nią warsztatach teatralnych, piękną i poruszającą inscenizację do słów tej piosenki. Widziałam łzy wzruszenia w oczach kilku chłopców, właśnie tych, którzy zmagają się z buntem, uporem, z agresywnymi reakcjami.
O to chodziło na obozie – zachęcić dzieci do codziennego, zwyczajnego naśladowania Boga. Praktyczny wymiar codziennego chrześcijaństwa „bez wielkich słów” zobaczyliśmy na JOMO, kiedy jeden z chłopców zdenerwowany zachowaniem innego łobuziaka powiedział: „Chętnie bym mu wlał, ale… jestem chrześcijaninem”. Inną scenę zaobserwowałam na boisku, gdzie do wyjątkowo trudnego chłopca, z którym nikt nie chciał się bawić, podeszła dziewczynka i zwyczajnie zapytała: „Zagrasz ze mną?”. Szkoda, że nie widzieliście zdumienia na jego twarzy... Na koniec obozu dzieci deklarowały:
„Postanowiłam więcej czytać Biblię i mocniej kochać Boga”.
„Będę szukać wierzących przyjaciół”.
„Chcę pamiętać, że Bóg jest ze mną i mnie kocha mimo moich grzechów”.
„Na obozie ćwiczyłem się w uprzejmości w stosunku do innych. Chciałbym tak dalej postępować”.
„Chcę dalej uczyć się cierpliwości”.
Proszę módl się, by pragnienia tych dzieci urzeczywistniły się w ich życiu.
A czego ja się nauczyłam?
Na ostatnim spotkaniu kadry przed przyjazdem dzieci, szef grupy Amerykanów poprosił, byśmy otworzyli księgę Izajasza na 53. rozdziale. Zaskoczeni wyborem akurat tego fragmentu czytaliśmy opis miłości Pana Jezusa do nas, która przejawiła się w poświęceniu życia.
Poruszył mnie werset 12: „Ofiarował na śmierć swoją duszę... On to poniósł grzech wielu i wstawił się za przestępcami”. Łatwo ofiarować coś komuś ukochanemu, ale przestępcy?!
Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo ten tekst okaże się aktualny podczas obozu. Łatwo kochać miłe, sympatyczne, serdeczne dzieci. Trudno te zbuntowane, wiecznie niezadowolone, złośliwe, przykre.
Jestem wdzięczna Bogu za kadrę obozową. Wolontariusze z Polski i z USA wspaniale realizowali swoje zadania. Bóg pobłogosławił ich oddanie. Sześcioro dzieci rozpoczęło nowe życie z Bogiem. Kilkoro odnowiło swoją relację z Nim. Inne upewniły się, że są zbawione. A jeszcze inne znalazły dopowiedzi na nurtujące je pytania.
Nela Kłapa

WIEC 2008
To był już siódmy WIEC, czyli obóz wspinaczkowy i językowy dla gimnazjalistów. Prawie jak co roku najwięcej czasu i emocji pochłonęło znalezienie kadry, a właściwie chodziło głównie o „zdobycie” jednego wychowawcy, który ostatecznie „znalazł się” dopiero na początku lipca. Za to z naborem obozowiczów nie było najmniejszego problemu, bowiem już w kwietniu lista była pełna, a kilkanaście osób zapisanych było na liście oczekujących. Ostatecznie wszyscy chętni, a nawet niektórzy z listy rezerwowej, mogli przyjechać do Wisły. Przyjechali też instruktorzy ze Szkocji, wykładowca z USA oraz z różnych stron naszego kraju i świata inne osoby pomagające nam w czasie obozu. Program obozu staraliśmy się wypełnić interesującymi zajęciami i myślę, że nam się udało. Nawet dwa deszczowe dni, które uniemożliwiły zajęcia na skale i zmusiły całą 50-osobową grupę do pozostania w budynku nie popsuły nam humorów. W mojej opinii obóz należał do bardzo udanych, ale mogę być nieobiektywna, więc najlepiej chyba pozwolić wypowiedzieć się na ten temat samym uczestnikom. Zadaliśmy im kilka pytań na zakończenie obozu i oto, co napisali…
Co najbardziej podobało ci się na obozie?
„Wszystko mi się podobało, na WIEC-u jest super!”
„Najbardziej podobali mi się instruktorzy, ponieważ byli bardzo sympatyczni, mili, zabawni i wspaniale spędzało się z nimi czas. Oczywiście podobali mi się też wychowawcy, naprawdę świetni, ale i tak najlepsza była wspinaczka!”
„ To, że byłam traktowana jako nastolatka, to że mieliśmy takich super extra instruktorów i wychowawców, wspinaczka, cichy czas, podczas którego mogłyśmy sobie razem o wszystkim porozmawiać, i moja świetna grupa.”
„Hmm… Wszystko, tylko pogoda była do kitu!”
„Najbardziej podobały mi sie zajęcia z języka angielskiego, ponieważ były ciekawie zorganizowane.”
„Wszyscy wspaniali ludzie! Te zabawy, kapiele w potoku, szaleństwo, a także poznawanie Jezusa. Myślę, że każdy tego potrzebuje!!!”
„Zajęcia wspinaczkowe, dramy, pyszne rzarcie…” (pisownia oryginalna, prawda?)

Czy podjąłeś jakąś ważną decyzję na tym obozie?
„Tak, postanowiłam być bardziej rozgadana, więcej czasu poświęcać Bogu i bardziej pomagać rodzicom.”
„Postanowiłam bardziej skupiać się na tym, co Bóg myśli niż na tym, co myślę ja.”
„Postanowiłam, że będę głębiej poznawała Jezusa, codziennie rano będę się spotykała z Nim (gdyż czasami zdarzało mi się zapominać). Chcę też podszlifować angielski.”
„Żeby się nie obżerać przed pójściem na skałkę…”
„Pierwszy raz zdecydowałem się powiedzieć świadectwo.”
„Szukać nadal Boga.”
„Częściej czytać Biblię.”
„Uznałem, że mam dużo do rozmyślania nad swoim życiem.”
„Będę się więcej modlił.”

(My też pewnie powinniśmy się więcej modlić o nastolatki w naszym domu, kościele i kraju. Również o te, które postanowiły coś zmienić w życiu po pobycie na chrześcijańskim obozie, by wytrwały w dobrych postanowieniach.)

Co chciałbyś powiedzieć swoim kolegom z obozu?
„Żeby zawsze w swoim życiu szukali Jezusa, i że będę za nimi tęsknić, ale mam nadzieję, że w następnym roku się spotkamy!”
„Że mogliby czasem zastopować ze swoim zachowaniem.”
„Słuchajcie, na takie obozy jak ten warto jeździć! I brać jak najwięcej przykładu!”
„Żeby wszyscy przyjechali za rok, bo tu jest normalnie super!!!”

Co chciałbyś powiedzieć organizatorom obozu?
„Że mieli genialny pomysł, organizując WIEC!”

Mam nadzieję, że po lekturze tych wypowiedzi jesteś równie zachęcony jak ja do tego, by kontynuować służbę obozów wspinaczkowych. Niestety otrzymałam właśnie wiadomość ze Szkocji, skąd co roku mieliśmy instruktorów wspinaczkowych, że w następnym roku ich przyjazd ze względu na rosnące stale koszty nie będzie możliwy, jeśli z naszej strony nie zapewnimy przynajmniej pokrycia kosztów ich pobytu. Do tej pory oni sami szukali funduszy, by opłacić podróż oraz pobyt na obozie, więc budżet obozowiczów był wolny od tych, niebanalnych zresztą, kwot. Co zrobimy w związku z tym? Módlmy się o najlepsze Boże rozwiązanie tego problemu.
Danuta Pustówka

Obozy dla dzieci i nastolatków – lato 2007

Obozy Młodych Odkrywców 2007
Zamiast szkolnych ławek i krzeseł, polowe łóżka z ładną pościelą. Zamiast „surowych” nauczycieli, mili opiekunowie. Zamiast lekcji matematyki, lekcje biblijne przekazywane w atrakcyjny sposób. Zamiast lekcji historii, interesujące historie z życia misjonarzy. Zamiast klasówek i sprawdzianów, ciekawe konkursy i konkurencje. A poza tym dużo śpiewu i dobrej zabawy oraz wiele innych atrakcji. Jaka to szkoła? Każdy chciałby w takiej być, prawda?!
To szkoła w Wiśle Czarnem, która podczas wakacji jest szkołą „tylko” z nazwy. Już od pięciu lat
dzięki przychylności Dyrekcji oraz personelu szkoły staje się ona naszym wakacyjnym obiektem. W tym roku zamieniona została w łajbę pod nazwą „Wyspa skarbów”, na którą co tydzień przybywała nowa grupa „szczurów lądowych” – obozowiczów (niektórzy aż z Australii!). Pierwszego dnia, po zaliczeniu odpowiednich testów, każdy z nich był pasowany na marynarza - „wilka morskiego”. Załoga zmieniała się także co tydzień. Kapitanowie i bosmani przybywali z całej Polski, aby opiekować się młodymi „wilkami morskimi” i pomóc im atrakcyjnie spędzić kilka wakacyjnych dni. Najpierw przyjechała grupa szczególna - 15 dzieci z upośledzeniem umysłowym, na których czekała 16-osobowa załoga. Część załogi i kilkoro z tych dzieci przyjechało do Czarnego pierwszy raz. Długo nie zapomnimy rozpromienionej, szczęśliwej
twarzy Ani, gdy przyjechała na obóz i zobaczyła najpierw ciocię Żanetę, a potem koleżankę Monię. Ania miała trzy marzenia, o których spełnienie się modliła: aby znowu mogła pojechać na ten obóz (brakowało im pieniędzy), aby była tam jej koleżanka Monia i aby była tam jej opiekunka z poprzedniego roku - Żaneta. Wcześniej dowiedziała się, że dzięki darom innych osób będzie mogła znowu pojechać na obóz!
Każdego kolejnego dnia na uczestników Szczególnego Obozu Młodych Odkrywców czekało wiele przygód i atrakcji. Codziennie rozbrzmiewał napisany na tę okazję hymn obozowy. Korzystając z najlepszego przewodnika, Bożego Słowa, szukaliśmy razem i odkrywaliśmy prawdziwe skarby. Po zakończeniu ostatniej lekcji, która mówiła o Niebie, Mateusz pozostał w sali, aby porozmawiać i pomodlić się. Chciał mieć pewność, że i on pewnego dnia otrzyma miejsce w Niebie. Później swojemu opiekunowi powiedział krótko: „zostałem przyjęty!”.
Na następny turnus przyjechała nowa załoga. I tak już było co weekend. A więc razem tego lata
na naszej „łajbie” pracowało 40 członków załogi i wypoczywało 150 „wilków morskich”.
Dzieci przyjeżdżały z różnych powodów. Niektóre na wakacje, aby zobaczyć nowe miejsca i dobrze się bawić, inne aby poznać nowych przyjaciół, ale były i takie, które przyjechały po to, aby dowiedzieć się czegoś więcej o Bogu. Byli też tacy, którzy przyjechali, aby się najeść, bo u nas jest zawsze pyszne jedzenie. Większość sama chciała przyjechać, ale niektórych „zmusili” (czyt. zachęcili) rodzice. Jasiu zgodził się być 2 dni, ale pozostał do końca obozu, a gdy dzwonili rodzice trudno mu było poświęcić czas na rozmowę z nimi, tak bardzo był zajęty. Niestety, bywało i odwrotnie. Niektórzy nie wytrzymywali tęsknoty za domem. Większość jednak wyjeżdżała zadowolona, uśmiechnięta i zdziwiona, jak szybko minęły te dni, a jak wiele zdążyliśmy przeżyć.
Ponieważ miałam przywilej pracować na wszystkich turnusach, to doświadczałam wielu Bożych błogosławieństw oraz Jego szczególnej troski w najmniejszych nawet sprawach. Ciekawym było dla mnie obserwowanie Bożego działania w rozwiązywaniu problemów, w wyprowadzaniu z kłopotów, w łagodzeniu trudnych sytuacji, w zaskakiwaniu nas odpowiedziami na modlitwy. Oto przykłady. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem pierwszego obozu mieliśmy właściwie pełny skład załogi na każdy turnus i wszystko dobrze się zapowiadało. W moim sercu były jednak obawy związane z trzecim turnusem OMO. Mieliśmy zgłoszonych więcej chłopców niż dziewcząt i tylko jednego „wujka”. Szukałam pomocy, wiedząc, że Bóg ma rozwiązanie. Na kilka dni przed rozpoczęciem tego ostatniego turnusu zadzwonił telefon. To była Jola. Zapewniła nas o swoich modlitwach, zapytała o obozy, a przy okazji powiedziała, że jej plany uległy zmianie i w razie potrzeby... Boża odpowiedź? Tak! Co prawda myślałam raczej o wzmocnieniu męskiej części załogi, ale pamiętałam jaki świetny kontakt Jola miała z chłopcami rok wcześniej. Już pierwszego wieczora okazało się, że to była właściwa decyzja. Wiele razy podczas tego turnusu dziękowałam Bogu, że tak się zatroszczył - On zawsze wie, co jest najlepsze.
W czasie każdego obozu moje serce było przepełnione wdzięcznością, gdy obserwowałam kolejne załogi. Niektórzy już pracowali na naszych obozach, ale tym razem pracowali w nowym składzie. Jak to możliwe, że byli w stanie tak dobrze współpracować? Sprawdzały się słowa piosenki: „Nikt nie ma z nas tego, co mamy razem... zatem, aby wszystko mieć potrzebujemy siebie razem”. Jest to Boża łaska, że mamy tyle chętnych dzieci na nasze obozy i wyjątkowe osoby do służby.
Pod wieloma względami doświadczaliśmy Bożej troski. „Nigdy nie myślałem, że tak bardzo będę się cieszyć na widok szkoły!” - powiedział Filip wracając ze spaceru w upalny dzień. Tak, w szkolnych murach można było się schronić przed słońcem. Gdy jechaliśmy na wycieczkę, zawsze świeciło słońce. Deszcz nie przeszkadzał nam w realizacji programu. Pan Bóg zatroszczył się także o nas, gdy jedna z kucharek została poszkodowana w wypadku samochodowym i musiała pozostać w szpitalu. Doświadczaliśmy Jego ochrony naprawdę w każdej sytuacji i chociaż tym razem niestety nie obyło się bez rozciętego kolana i złamanej ręki, to wiemy, że i w tych sytuacjach Boża Ręka była nad nami. Gdy przychodziły trudne chwile i pojawiały się problemy lub zmęczenie, Dobry Bóg przychodził z pomocą i zachęceniem. Czasem poprzez dzieci. „Ciociu jak to jest, że wszyscy opiekunowie na tym obozie nawet wtedy, gdy są zdenerwowani, to są mili?”. Chłopak, który pod koniec obozu zadał mi to pytanie, był jednym z tych trudniejszych dzieci. Cieszę się, że w tych niełatwych sytuacjach i nie zawsze przyjemnych rozmowach mógł zobaczyć w nas coś innego. „A jak myślisz?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. „Wiem, to dlatego, że wszyscy kochają Pana Jezusa, czy tak?” – sam odpowiedział.
Aby nas zachęcić, Bóg używał także rodziców. Jeden z ojców zwracając się do kadry oraz rodziców podczas uroczystego zakończenia turnusu powiedział: „Przyjeżdżał tu przez kilka lat mój syn, w tym roku przyjechała moja córka i uważam, że warto! Dlatego chcę błogosławić całą kadrę i cały MED”. Inna matka zachęcała nas słowami: „To co robicie jest ważne i ma wymiar wieczności”. Patrzenie na tę służbę z takiej właśnie perspektywy pomaga myśleć, marzyć, planować. Jakże można nie myśleć o kontynuowaniu tej obozowej służby, gdy wyjeżdżające dzieci zapowiadają swój powrót za rok, a rodzice zapowiadają, że w przyszłym roku przywiozą nie tylko swoje dzieci.
Wiele można by pisać o tegorocznych obozach i przytaczać przykłady Bożej ingerencji. To na pewno były szczególne obozy, szczególne dzieci, szczególni opiekunowie. Wiemy, że także wiele szczególnych osób wsparło te obozy swoimi pieniędzmi, różną pomocą i wielu modliło się o nas. Niektórzy zapewniali nas o tym dzwoniąc, pisząc smsy, a nawet odwiedzając nas. Pan Bóg wspaniale odpowiedział, On przyznał się do tej pracy i pobłogosławił ją. Dziękujemy!
A co w tym wszystkim było najwspanialszego i najradośniejszego? Do Bożej Rodziny dołączyło kilkunastu chłopców i dziewcząt Chwała Bogu i tylko Jemu!
Wkrótce po obozach otrzymaliśmy taki list: „Olek wrócił tak zachęcony pobytem u Państwa, że opowiadał o wszystkich wydarzeniach i zabawach, o opowieściach na temat sławnych wierzących ludzi. Jestem Wam drodzy Bracia i Siostry bardzo wdzięczna za ten dobry czas oparty na Ewangelii, który mój syn mógł z wami spędzić. Pragnę w imieniu Olka oraz mojego męża i swoim serdecznie wam podziękować za waszą działalność ewangelizacyjną wśród dzieci i młodzieży. Olek przyjął Pana Jezusa do swojego serca ... Chwała Panu. Dziękuję serdecznie, pozdrawiam was i nie omieszkam wysłać do Was Olka za rok”. Zdjęcia...
Danuta Abramovich

WIEC czyli Wspinacz i English Camp 2007
Dużo słońca, dużo dobrej zabawy, świetna grupa muzyczna (składająca się z obozowiczów i wychowawców),wieczorne „podróże” z Biblią szlakami życia, wycieczki w góry, zajęcia wspinaczkowe na skale i wiele innych atrakcji czekało na tych, którzy w tym roku zdecydowali się spędzić wakacje na naszym obozie.
Jest wiele powodów do dziękowania Bogu za ten obóz. Tak nietrudno przecież o wypadek, tak niełatwo znaleźć odpowiednich wychowawców, wreszcie nie zawsze łatwo zachęcić nastolatka do słuchania o Bogu, do posłuszeństwa, do współpracy. Niełatwo… dla nas, ale nie dla Boga! Pisząc o naszych planach w poprzedniej „Poczcie” przyznaję, że byłam, co najmniej zaniepokojona faktem, że po raz kolejny nie ma wychowawców, kiedy według mnie już powinni byli być. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam i całkiem na wyrost byłam gotowa zrezygnować z organizowania tych obozów w przyszłości, ponieważ czekało już małżeństwo gotowe przyjąć to wyzwanie. Trzeba było tylko dotrzeć do nich z informacją o potrzebie.
Potrzebowaliśmy w tym roku więcej wychowawców, jako że mieliśmy większą ilość nastolatków ze względu na dodatkową grupę, która szlifowała swój angielski, w czasie, kiedy grupy wspinaczkowe próbowały sił na Kobylej Skale. Upały dawały nam się we znaki, ale Pan Bóg i to przewidział, dając nam w tym roku nowy ośrodek pięknie położony nad rzeką, więc wystarczyły wiadra i plastikowe miski, by się studzić. Bóg uczył nas różnych lekcji w czasie wieczornych spotkań biblijnych, np. tego, że On może coś, co wydaje nam się złe lub trudne zamienić w coś dobrego. Na praktyczne zastosowanie tej lekcji nie musieliśmy długo czekać. Kilka godzin
później „poleciała” duża szyba z okna balkonowego, ponieważ chłopak stojący na balkonie (w czasie, kiedy miał być w łóżku), chcąc schować się przed wychowawcą zapomniał, że na jego drodze stoją drzwi balkonowe… Wioząc go na pogotowie zastanawiałam się, co dobrego może wyniknąć z tego wypadku, który wyglądał bardzo poważnie na pierwszy rzut oka. Okazało się jednak, że rana na jego dłoni i kolanie była tylko draśnięciem, ale pozytywny skutek „wstrząsu” był widoczny w jego zachowaniu do końca obozu. Nawet jego siostra zauważyła, że się zmienił. Jak sam stwierdził, postanowił odnowić swoją relację z Bogiem. Inny chłopak napisał w ankiecie, że postanowił „wrócić na Boży szlak”. Wiemy o przynajmniej trzech innych osobach, które wyraziły chęć modlitwy o zbawienie. Jestem wdzięczna Bogu za te decyzje, także za każdego wychowawcę, za instruktorów wspinaczkowych, za pomocników, za tych, którzy wsparli nas
swoimi modlitwami i finansami. Zdjęcia z WIECu w galerii
Danuta Pustówka

Obóz dla dzieci z Mazur
W te wakacje miałam przywilej (i piszę to bez kokieterii) być na obozie z dziećmi, które przyjechały z Mazur z rejonu popegeerowskiego. Teraz jest to rejon, gdzie trudno o pracę, a
rodziny żyją bardzo skromnie. Wielką przyjemnością było spędzić z nimi 2 tygodnie w górach, bo były to dzieciaki niezepsute, nie rozkapryszone, skromne i cieszące się tym co oferowało się im na obozie. Nie mieliśmy też większych trudności z dyscypliną. Większość naszych uczestników była pierwszy raz w górach. Czekały tam na nich liczne atrakcje, mimo że pogoda nas nie rozpieszczała. Pierwszy raz spotkali się także z taką formą nauczania o Bogu. Słuchali, a to rodziło pytania. Ten obóz postrzegam jako możliwość „zasiewu”. Chociaż koresponduję z dziećmi do tej pory, to myślę, że byłoby dobrze dać im możliwość dalszego spotykania się już tam na miejscu, na Mazurach. Proszę o modlitwy w tej sprawie.
Asia Pilch-Lewicka

„Boże, zdrastwuj!” - Olesin 2007
To był mój siódmy obóz dla dzieci pochodzenia żydowskiego. Tym razem grupa przyjechała z Białorusi. Wcześniejsze doświadczenia z opiekunami grup dawały powody do niepokoju już przed obozem. Mobilizowały też jednak do modlitw, żeby tym razem było inaczej. I... było! Opiekunki okazały się sympatyczne i bez zastrzeżeń pozwalały na wszystkie proponowane przez nas treści. Jedna z nich tłumaczyła nawet niektóre lekcje na rosyjski i używała można by powiedzieć bardzo chrześcijańskiego słownictwa, np. nawrócić się do Boga. Sama jeszcze tego
nie zrobiła, chociaż przyznała, że czegoś jej w życiu brakuje pomimo udanego małżeństwa i dobrej pracy...
Zaraz po przyjeździe grupy zorientowałam się, że dzieci to już nie dzieci, tylko w większości nastolatki i nie takie znowu chętne do słuchania lekcji biblijnych („złoty wiek” pozyskania ich dla Ewangelii mieli już za sobą). A więc w gronie współpracowników znowu zapanowała
mobilizacja do modlitwy. Pomogło! Organizatorzy i zarazem gospodarze tych obozów podzielili się ze mną słowami, które wypowiedziała w rozmowie z nimi pani dyrektor szkoły
niedzielnej - nie mylić ze szkółką niedzielną, ponieważ są to zajęcia dla dzieci z rodzin żydowskich organizowane zazwyczaj przez Gminę Żydowską w szkołach, w niedziele. Same zajęcia obejmują naukę o kulturze ich narodu oraz poznawanie tradycji i żydowskich świąt.
Wspomniana pani dyrektor powiedziała: „Spasajtie naszych dietiej!”.
Z chęcią się do tej prośby zastosowaliśmy i głosiliśmy Ewangelię tym dzieciom i ich opiekunom.
Jednym ze stałych elementów zajęć na tych obozach jest konkurs z wersetów. Stworzyło to okazję do porozmawia pod koniec obozu z niektórymi uczestnikami. Pierwszy chłopak, który przyszedł zdać wersety, powiedział w trakcie rozmowy, że właściwie, to chciałby uwierzyć
w Pana Jezusa, ale nie wie jak. Wytłumaczyłam mu i Grisza zachęcony do pierwszej w życiu głośnej modlitwy, tak oto zaczął: „Boże, zdrastwuj!” („Boże, dzień dobry!”)...
Kolejny chłopak, który bezbłędnie znał wszystkie wersety, powiedział, że jeszcze nie wierzy wystarczająco głęboko, żeby podjąć taką decyzję. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy, a następnego ranka przy zmywaniu (mieliśmy razem dyżur!) Nikita powiedział, że dziś rano pomodlił się o zbawienie! Grisza tego dnia zabrał ze sobą na wycieczkę Biblię i wykorzystywał czas przejazdu na czytanie. Wrócił z podkreślonymi wersetami i konkretnymi pytaniami, np. czy Biblia mówi coś na temat języka.
A co teraz dzieje się z tymi chłopakami? Jak zareagowali ich rodzice, jeśli chłopcy powiedzieli im o swojej decyzji? Tego nie wiem, ale wiem że Pan Bóg ich nie pozostawi bez pomocy. A my zmobilizujmy się do modlitwy o nich oraz o innych uczestników obozu, by Boże Słowo przyniosło dobre owoce w ich życiu.
Danuta Pustówka

Obóz zimowy - Salmopol luty 2007
Zimowisko dla dzieci i nastolatków z Bielska było niezwykłe. Błogosławione, wymodlone, prowadzone przez Bożego Ducha, Jemu oddane.
Niezwykłe były nasze dzieci i nastolatki. Bardzo kochane, posłuszne, wdzięczne. Nie pamiętam tak wspaniałej grupy na zimowisku!
Każdego dopołudnia jeździliśmy na nartach na Białym Krzyżu. Większość dzieci pod opieką instruktora. Wiele z nich po raz pierwszy w życiu miało narty na nogach. Musiały trochę się powywracać, trochę zacisnąć zęby... Trzeciego dnia jeździły już na wyciągu i byliśmy bardzo dumni z tego, że się nie poddały. Ostatniego dnia niektórzy z grupy początkującej zjeżdżali w zupełnie dobrym stylu z bardziej stromej góry!
Niezwykły był nasz biblijny program na podstawie opowiadania Johna Bunyana „Wędrówka Pielgrzyma”. Pan Bóg użył lekcji tego programu, aby mówić do serc dzieci i uczyć ich ważnych, duchowych prawd. Dzieci i nastolatki słuchały o Pielgrzymie, który wyszedł z Miasta Zniszczenia, i o Niebiańskim Mieście, do którego wędrował. Aby do niego wejść, musiał porzucić brzemię grzechów pod krzyżem i zaprosić Pana Jezusa do swego życia.
Do tego samego zachęcaliśmy dzieci. Zachęcaliśmy je, aby zaprosiły Pana Jezusa do swojego życia i poszły za Nim bez względu na koszty. Jedna z dziewczynek odpowiedziała natychmiast na to zaproszenie i w szczerej modlitwie oddała Panu Jezusowi swoje życie! Modlimy się, aby Bóg ją prowadził i chronił.
Także dużo czasu staraliśmy się spędzić z dziećmi w ich pokojach, na rozmowach i wspólnej zabawie. Dziewczynki urządziły dla nas salon fryzjerski, a chłopcy z wujkiem turniej poduszkowy. Przy okazji rozmawialiśmy o wszystkim – o szkole, domu, problemach.
Wiem, że dzieci były bardzo szczęśliwe na tym zimowisku!
Za każde dziecko dziękujemy Dobremu Bogu, o każde modliliśmy się i każde kochaliśmy. Wiemy, że żadne z dzieci nie znalazło się przypadkiem na tym zimowisku, że sam Pan Bóg je przyprowadził i to On kocha je najbardziej i ma dla ich życia swój doskonały, niezwykły plan. Wiemy, że wiele dzieci odkrywało ten Boży plan i zapragnęło według niego żyć.
Niezwykła była też grupa nauczycieli. Byli oddani, wierni, pełni zapału. Niektórzy poświęcili swoje urlopy, aby pojechać na zimowisko. Była między nami jedność, harmonia i pokój. Bóg błogosławił naszą służbę, bo jak sam powiedział „...gdzie bracia w zgodzie żyją, tam jest błogosławieństwo”.
Za wszystko, co zostało na zimowisku posiane w sercach dzieci, za wszelkie dobro i niezwykłe rzeczy, które mogliśmy przeżywać, jedynie Bogu, Dobremu i Łaskawemu oddajemy chwałę! To On ochraniał, prowadził, przemawiał do serc i dawał radość.
Dziękujemy Ci za to, Panie!
Agata Steinberg

Obozy w Olesinie 2006
W tym roku spędziłam w Olesinie aż trzy tygodnie. Najpierw nauczałam lekcji biblijnych 25-osobową grupę dzieci z Białorusi. Była to dość wyjątkowa grupa, ponieważ składała się z dzieci uczęszczających do kościoła chrześcijańskiego oraz z dzieci pochodzenia żydowskiego. Nie przeszkadzało nam to w niczym, a odbiór przez obie grupy był naprawdę dobry. Dzieci chętnie i uważnie słuchały, szybko uczyły się wersetów biblijnych, z przyjemnością korzystały z zabaw na świeżym powietrzu. Spędziłam z nimi 12 dni.
Po ich wyjeździe przyjechała grupa dzieci z Ukrainy i pierwsze dwa dni były trudne. Gitarzysta z poprzedniego turnusu wyjechał i okazało się, że ze śpiewem muszę sobie poradzić bez instrumentu. Zachowanie dzieci też odbiegało nieco od standardów ustanowionych przez poprzednią grupę, więc było po prostu inaczej i trzeba było się przestawić. Prawie połowę z tych dzieci znałam z poprzedniego roku. Modliłam się o nich przez cały ten rok i dobrze było ich zobaczyć. Dowiedziałam się, że jedna dziewczynka wyjechała do Izraela na stałe, a inne rodzeństwo do Stanów, więc pewnie już nigdy się nie spotkamy. Próbowałam też dowiedzieć się, czy któreś z nich czyta nadal Biblię, którą otrzymały w zeszłym roku. Niestety nie znalazłam takiej osoby. Dzieci mówiły, że jakiś czas to robiły, a potem zapomniały. Wróg nie śpi…
Tym razem znowu bardzo uważnie słuchały lekcji biblijnych i siadały tak blisko mnie, otaczając mnie kółeczkiem, że czasem nie miałam nawet gdzie położyć materiałów! To akurat nie jest powód do zmartwienia, prawda? Szkoda tylko, że w środku obozu musiałam się z nimi pożegnać i wracać do biura MED-u. Wtedy pałeczkę na obozie przejęły Lidzia z Ewą.
Pozostaje nam modlić się o to, by ziarno zasiane w nich w czasie tych obozów przyniosło plon w ich życiu.
Danuta Pustówka

Nastolatki, nastolatki....
Każdy, kto zetknął się z nimi wie, że jest to grupa, która stawia przed dorosłymi ogromne wyzwania. Mogłam tego doświadczyć w czasie wakacji, prowadząc wykłady na jednym z obozów naszego kościoła. Mówiliśmy o tzw. fałszywkach, które świat oferuje młodym ludziom. Mówiliśmy o trendach i presjach przez nie wywoływanych, o tym jak i gdzie szukać prawdziwych wzorców oraz wartości, i jak rozróżnić je od fałszywych. Młodzież słuchała, brała udział w dyskusji. Jednak, kiedy w ich ręce wpadło czasopismo zakupione w kiosku, a w nim rady jak poderwać chłopaka, wzbudziło to ogromne zainteresowanie. Rady tam zawarte, to były same „śmieci”, „papka” i bzdurne zalecenia. Treść tego czasopisma na nowo uświadomiła mi, że artykuły są tak pisane, tak zareklamowane i dają taki iluzoryczny obraz, że młodzież szybko przyjmuje to, co one oferują. Dodam jeszcze, że czasopismo to należy do całej grupy podobnych periodyków, różniących się tylko tytułami i stopniem śmiałości ofert. Ktoś odkrył, że można na tym nieźle zarobić, połączył więc swoje siły, co sprawiło, że powstał cały koncern, który swoim oddziaływaniem niszczy, zasiewając złe rzeczy.
A czy my potrafimy tak szybko się uczyć, by temu zapobiegać? Dlatego nam rodzicom i nauczycielom pragnę życzyć, żebyśmy w interesie naszych dzieci mogli konsolidować swoje siły w modlitwie i twórczym oddziaływaniu na młodzież.
Joanna Pilch-Lewicka

Obozy Młodych Odkrywców 2006

Wiele atrakcji tego lata czekało na uczestników Obozów Młodych Odkrywców w Wiśle Czarnem m.in.: „zielony kulig” z pieczeniem kiełbasek, wycieczka do studia filmów rysunkowych, wyjazd na basen „Delfin”, „wędrówki z zadaniami”. Każdego dnia słuchaliśmy ciekawych lekcji biblijnych oraz historii pt.: „Wędrówka Pilegrzyma”. Nikt nie miał prawa się nudzić, jeśli tylko aktywnie uczestniczyl w urozmaiconych zajęciach sportowych i plastycznych, brał udział w ciekawych grach i zabawach, skorzystał z zajęć muzycznych lub języka angielskiego. Rano i wieczorem w budynku rozbrzmiewał wspólny śpiew, a przebojem każdego z czterech turnusów (także tego dla dzieci Szczególnych!) stała się piosenka: „Ani ty, ani ja, ani nawet cały świat... nie potrafią żyć bez Boga”. Pan Bóg podarował nam piękną, słoneczną pogodę, bezpieczny wypoczynek i cudowny czas razem. Uśmiechy i radość dzieci były nagrodą dla kadry, obsługi i organizatorów za ich pracę oraz zachętą, aby wrócić tam za rok.

Letnie obozy oczami uczestników
Najbardziej na tym obozie podobało mi się …
… Najpierw konie, zaraz potem basen, pamiątki…, lody, zabawy z Amerykanami…, ciocia i koledzy…, chodzenie nad rzekę, kółko teatralne, angielski, plastyka, łucznictwo..., zabawa w podchody, wycieczka do wytwórni bajek…, wszystko, a nawet chłopcy…, gra w ziemniaka…, wszystko było doskonale zorganizowane.

Nauczyłem się…
… Że aby otrzymać przebaczenie grzechów, to trzeba je wyznać, i że mogę pokonać diabła mocą od Boga i wiarą…, czcić Boga, ... że trzeba wierzyć Bogu…, piosenek, wersetów, o Panu Bogu, dobrych słów…, że Pan Bóg zawsze odpowiada na modlitwy…, że warto tu przyjeżdżać…, że Pan Jezus umarł za moje grzechy..., że Bóg jest naszym zbawicielem i kocha nas niezmiennie mocno.

Nasz opiekun (opiekunka)…
… Jest miła, zabawna, pomysłowa i pełna entuzjazmu…, umie trzymać dyscyplinę…, jest łagodna, ostra…, jest miły i nie krzyczy na nas…, jest miły, sympatyczny, ale bardzo przestrzega zasad…, jest śmieszny, poważny, rozumie nas…, jest miła, ale za szybko każe nam wychodzić z wody…, wprowadzał bardzo fajny nastrój i ciekawość…, jest kochana, zaradna, wierząca…, jest bardzo miła i dobroduszna, jest uczynna i budzi kiedy trzeba; lubię ją…, jest fajna, mądra i na temat.

Na obozie zmieniłbym…
… To, że jak miałem okazję, to bym się modlił…, chciałbym, aby cisza nocna była o godz. 0.00…, aby chłopcy zamiast cioć mieli wujków…, chciałbym bardzo pojechać do domu Adama Małysza, aby dostać jego autograf…, chciałbym zmienić życie, bo nie chcę być potępionym…, to, że za mało czasu na zabawy i pogaduszki z chłopakami…, aby za rok była zielona noc, bo nigdy jeszcze nie miałam okazji jej przeżyć, żeby dłużej można było gadać w nocy…, abym mogła tu znowu przyjechać (teraz już mam 12 lat)…, za krótko obóz trwa!..., nic bym nie zmieniał, bo obóz był PERFECT…, wszystko, bo jest głupio i szkoda keszu .

Obozy oczami opiekunów
Na tym obozie…
…Dzieci przez cały czas dobrze się bawiły, nie było nudnych zajęć czy przestoju w zajęciach, super lekcje biblijne, codziennie atrakcje, kadra bardzo fajna, uzupełniała się nawzajem w każdej sytuacji…, był dobry czas bardzo czytelnego przekazywania prawd biblijnych; myślę, że dzieci znalazły tu dobrą, ciepłą i radosną atmosferę…, problemem były kłótnie dzieci w czasie gier zespołowych, dyskusji…, razem stworzyliśmy środowisko, w którym dzieci mogły postawić pierwsze kroki w kierunku zbawienia czy też duchowego wzrostu.

Najwięcej radości sprawiło mi…
…Zadowolenie i radość dzieci oraz to, że ktoś powierzył mi swoją tajemnicę, choć była „trudna”…, to, że byłam potrzebna, że mogłam służyć swoimi darami i umiejętnościami, kontakt z osobami w grupie – myślę, że i ja dużo nauczyłam się od dziewczyn…, wieczorne modlitwy chłopców oraz wspólna gra z nimi w piłkę…, wieczorne rozmowy, które były dobrym czasem przemyśleń, podsumowań, dziewczyny zadawały pytania dotyczące lekcji i wspólnie szukałyśmy odpowiedzi.

Warto było być na obozie dla dzieci Szczególnych…
… Zobaczyłam, że te dzieci są szczęśliwe, lubią się bawić. Wszystko rozumieją, co się do nich mówi! Są wdzięczne! Nigdy wcześniej nie miałam tak bliskiego kontaktu z takimi dziećmi. Cieszę się, że tu byłam i bardzo chętnie wrócę na taki obóz!..., cieszyły nas ich spontaniczne i nieoczekiwane reakcje w różnych sytuacjach, ich wielka radość z małych rzeczy, ich otwartość na nas i ubogacenie nas jako kadry…, mam nadzieję, że serduszko mojego podopiecznego wypełniło się Bożą miłością i to w przyszłości przyniesie trwały owoc w jego życiu…, pomimo tego, że byliśmy z różnych kościołów, Pan nas łączył…, dzieci niesamowicie mnie obdarowały miłością i zaufaniem, zauważyłam, że i do nich Bóg może docierać ze Swoją Ewangelią…, na pewno nauczyłam się wielu nowych rzeczy, mogłam „na żywo” przekonać się co to jest upośledzenie umysłowe…, na obozach z dziećmi sprawnymi niestety wielu sytuacji z tego obozu nie można zauważyć, a reakcje dzieci w takich samych sytuacjach są zupełnie inne. To one mogą się od tych Szczególnych dzieci uczyć!..., chociaż był to męczący czas za nic nie chciałabym z niego zrezygnować!

Kilka faktów:

O jakich obozach tu mowa?
O Obozach Młodych Odkrywców, które zorganizowaliśmy w Wiśle Czarnem. Pierwszy turnus przeznaczony był dla dzieci z upośledzeniem umysłowym, kolejne trzy dla dzieci w wieku od 8 do 12 lat.

Skąd przyjechały dzieci?
Praktycznie z całej Polski, od Świnoujścia, Słupska, Koszalina, po Warszawę, Kielce, Zieloną Górę, Wrocław i oczywiście z Południa naszego kraju, a nawet zza Oceanu.

Skąd była kadra?
Właściwie także z całej Polski oraz z Niemiec i USA.

Jaki był program obozu?
Lekcje dla dzieci szczególnych pochodziły z programu „Niech mówią zwierzęta”. Hasłem kolejnych turnusów była „Wędrówka życia”. Dzieci poznawały „Wędrówkę Pielgrzyma” Johna Bunyana oraz lekcje biblijne, które były dopasowane do tematów jej kolejnych rozdziałów oraz wyjaśniały jej alegoryczne znaczenie. Oczywiście program zawierał także dużo śpiewu, zabaw, robótki ręczne, zajęcia sportowe, muzyczne, teatralne i w tym roku po raz pierwszy także łucznictwo.

Ile dzieci wzięło udział w obozach?
137

Ile osób zaangażowało się w pracę?
35 (oprócz służby medycznej i obsługi szkoły)

Jakie są plany na przyszłość?
Jesteśmy zachęceni do kontynuowania tej służby i otwarci na jej rozwój.

Dziękujemy Panu Bogu za wysłuchane modlitwy, okazaną nam dobroć, ochronę, zaopatrzenie i pobudzenie serc tych wszystkich, którzy nam pomogli poprzez ogromne wsparcie finansowe, darowizny rzeczowe, różnego rodzaju prace na rzecz obozów (przed, w czasie i po) i oczywiście modlitwy! Zdjęcia w galerii...
Danuta Abramovich

Wspinacz 2006

Obóz wspinaczkowy zakończony!
Jeszcze na początku czerwca nie mieliśmy chętnych osób, które podjęłyby się roli wychowawców na tym obozie. Modliliśmy się, szukaliśmy, rozesłaliśmy wiadomość o potrzebie za pomocą Internetu i… zgłosiło się więcej osób niż potrzebowaliśmy! Wierzę, że Pan Bóg pomógł nam zdecydować, które cztery osoby wybrać na tegoroczny obóz. Pozostałe czekają na następny rok!
W tym roku mieliśmy 32 nastolatków, czyli optymalną liczbę, by wspinać się w 8-osobowych grupach co drugi dzień. Nad zajęciami na skale czuwało pięciu instruktorów ze Szkocji, a nad zorganizowaniem czasu w grupach pięciu polskich liderów. Stroną duchową, czyli nauczaniem Bożego Słowa zajmował się John Abramovich. Tematem kolejnych dni były Góry Biblii i wydarzenia, które na nich się rozegrały oraz lekcje, których możemy się z nich nauczyć.
Pan Bóg pobłogosławił nas upalną pogodą, dobrymi i bezproblemowymi relacjami z nastolatkami oraz bezpieczeństwem. Pozwolił nam też oglądać owoc pracy ewangelizacyjnej. Wiemy na pewno, że jeden chłopak i jedna dziewczyna (obaj po 13 lat) modlili się, zapraszając Pana Jezusa do swojego życia. Zuzia zareagowała na wezwanie podczas ewangelizacji, na której byliśmy w ramach Festiwalu Życia w Wiśle. Potem potrzebowała jeszcze upewnienia i rozmawiała z naszą liderką. Z Radkiem miałam okazję osobiście rozmawiać, więc wiem, że podszedł do tego bardzo poważnie, rozumiał swoją grzeszność i potrzebę zbawienia. To był tylko pierwszy krok, a jak będzie dalej w jego życiu? Czy znajdzie zrozumienie w tradycyjnie wierzącej rodzinie? Ktoś z obozowiczów zadał pytanie: „Po co się nawracać, jeśli wracasz do domu i wszystko znika?”. Módlmy się, żeby nie „znikało”, żeby znajdowali społeczność i biblijnie wierzące kościoły! Chętnych na kolejny obóz zapraszamy za rok! A ciekawych, póki co do galerii, by obejrzeć kilka zdjęć z tegorocznego WSPINACZA 2006!
Danuta Pustówka

Obozy dla dzieci i nastolatków 2005

Igrzyska w Wiśle
Wielkie Igrzyska - to hasło związane z programem obozu w Wiśle, gdzie uczestnicy mogli, identyfikując się z wielkimi sportowcami, uczyć się prawd biblijnych.
Chociaż wakacje dobiegły końca i czas obozu się skończył, ale nie skończył się czas działania Boga w sercach obozowiczów. Zostali oni bowiem zainspirowani do tego, by poznawać historie biblijne i to, czego one uczą.
Grupa była nieliczna

 


Poczta z MED-u


Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, wydarzeniach, oraz proźby modlitewne MED-u, podaj swój E-mail.